Jak to się robi na Manhattanie, czyli scrapbooking po amerykańsku

Wreszcie mogłam powiedzieć, że byłam, widziałam i doświadczyłam, jak wygląda sklep craftowy w Stanach. Macałam na żywo, a nawet dokonywałam zakupów za prawdziwe dolary.

Przyznaję się od razu, że nie przyłożyłam się za bardzo do poszukiwań naj-lepszej i naj-większej oraz naj-słynniejszej scrapowej miejscówki w Nowym Jorku, jeśli taka w ogóle istnieje. Szczerze mówiąc, to na sklep papierowy o wiele mówiącej nazwie „Paper Source” natknęłam się przypadkiem w podziemiach Centrum Rockefellera. W ferworze zwiedzania, zapomniałam właściwie o scrapowej turystyce, a ten sklep po prostu… po prostu tam był, gdy przechodziłam. 

„Masz 10 minut i 10 $”- tak powiedział mój Mąż lekko spanikowany chyba, że byłabym w stanie puścić tam niemałą fortunę. Pewnie tak by było, gdybym miała więcej czasu hihi. Moja scrapowa dusza oraz dokładność, która uzewnętrznia się we wszystkim co robię, także w tym, że nie umiem zwiedzać muzeum bez planu, który trzymając w garści muszę wypełnić na 100%, zaglądając do każdej sali, ta dokładność nakazała mi zwiedzając obejrzeć każdą półkę, i każdemu towarowi poświęcić chociaż jeden rzut oka. Rzecz jasna sklep był duży, jak prawie wszystko w Ameryce, więc zajęło mi to znacznie więcej niż podarowane mi 10 minut. Ale mój ukochany Mąż był tak wyrozumiały, że czekał i czekał i czekał, nawet mimo tego, że nie było specjalnego krzesełka ani gazetek dla oczekujących mężów (ha! a my w Rupieciarni mamy!).

Skończyło się na tym, że chciałam kupić wszystko i nic.I nie kupiłam nic. O, przepraszam- kupiłam kalendarz z masą naklejek w środku, zapominając na chwilę o kalendarzach, które sama niedawno w Rupieciarni zrobiłam. Ale cóż to- czyżbym ich tu wcześniej nie pokazywała?

Kalendarz do paznokciowego salonu piękności.

Kalendarz dla żony, co lubi niebieski i brązowy.

Kalendarz konstruktora- to chyba widać.

Wracając do sklepu, to kalendarz też już mam z Hameryki, bo przecież nie mogłam sobie zrobić czegoś sama.

Niedługo potem wyszliśmy z tego sklepu, który onieśmielającym rajem był na ziemii, ale coś nie dawało mi spokoju. Trwało to kilka dni, zanim uświadomiłam sobie, co dokładnie. Tym czymś był głód zakupowy. Jednak. I poczucie pewnego obowiązku do spełnienia, że jak też ja mogę sobie nic poważniejszego nie kupić. Sobie jak sobie, ale że Rupieciarni?!

Mój Mąż, który zna mnie chyba lepiej niż ja sama siebie, stan ten mój wyczuł znakomicie i zaprowadził do miejsca ukojenia- do kolejnego sklepu Paper Source:) Mniejszego niż ten w Rockefeller, ale zadowalającego, który też i moje żądze zakupowe pozwolił zaspokoić. Tam też stałam się właścicielką książki o pięknym pisaniu liter oraz pióra dla początkujących w sztuce kaligrafii. A dla Was nakręciłam film. Patrzajta:

Ładnie, co? I dużo:) Ale muszę Wam powiedzieć, że już my z Agą, snując nasze plany podoju kosmosu, myślimy intensywnie nad tym, jak do tego poziomu podskoczyć:) Tak intensywnie myślimy, że aż jutro w podróży służbowej udajemy się SAMOLOTEM do Frankfurtu na Targi Kraftowe. Jedziemy podbijać zachód Europy!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *