Trzecia zmiana – gdy napływają zamówienia

Jak pewnie niektórzy wiedzą, pracuję w IT. Poza nudnym hobby i monotonnymi rozmowami z kolegami z pracy, z których Rupieciarki Marta i Aga niewiele rozumieją (a przynajmniej sprawiają takie wrażenie), staram się nie odbiegać za bardzo od normy męża i ojca oraz w pewien sposób druha pomocnika Rupieciarni też.

Tak się jakoś składa, że od ponad roku pracuję w firmie, gdzie każdego dnia doświadczam efektów światowej globalizacji usług IT – w chwili gdy to piszę w centrali mojej firmy szef pewnie wraca z lunchu; w centrali klienta myślą już o tym, czy w drodze do domu będą duże czy małe korki na drodze. Za jakieś 2 godziny w innym oddziale klienta pierwsi ludzie przyjdą do biura. Najtrudniej jest mi ogarnąć moich indyjskich kolegów z zespołu, bo nie wiem czy wiecie, ale strefa czasowa w Indiach to +3,5h względem Polski (tak, nikt nie mówi, że strefy czasowe są tylko co 1h). Więc teraz nocna zmiana w jakimś indyjskim zagłębiu IT sprawdza, czy wszystko dobrze działa, a za kolejne 4 godziny pojawi się następna ekipa. I o ile centrala mojej firmy działa normalnie, od poniedziałku do piątku, klient w sumie też, o tyle moja monsunowa część firmy pracuje zawsze. Zawsze.  (Tutaj mógłbym rzucić jakimiś branżowymi hasłami: ITIL, follow the sun, SLA itp.., ale to zniechęciłoby ostatnich z czytających ten tekst do dalszej lektury).

Po co ten wstęp? Bo – nie wiem czy wiecie – dziewczyny z Rupieciarni też pracują zawsze. (prawie) zawsze. Oczywiście, zdarza im się czasami spać, zdarza wyjechać w ciepłe albo zimne kraje, ale poza tym pracują zawsze. Nie wierzycie? Wyobraźcie sobie, że Marta teraz robi w pracowni jakieś pilne zamówienia (tak tak, 23:30). Dzień nie jest z gumy, a zleceń cała moc. I gdy skończy się czas uroczystości pierwszokomunijnych i wynikający z tego ogrom zamówień na kartki i skrzyneczki, przyjdzie albumowy koniec roku szkolnego. A potem pełnia sezonu ślubno-weselnego. A potem szkoła. A potem to już w sumie prawie Święta Bożego Narodzenia… Bo w Rupieciarni pracuje się zawsze, i zawsze jest coś do zrobienia.

Na przykład taki album:

Najgorsze jest to, że Rupieciarki uwielbiają swoją pracę i nie widzą w tym pracowaniu zawsze nic niezwykłego. Najgorsze jest to, że nie mogę nawet marudzić na ten stan, bo sam za 90 minut mam onlajnowego czendża na devowskiej bazie, gdzie będę purdżował logi i szrinkował datafajle(*). Bo zawsze jest coś do zrobienia. inaczej byłoby nudno.

(*) – nie, to nie są wulgaryzmy, proszę się nie martwić

Errata od Marty:

Nie jestem jeszcze tak zapracowana, żeby nie móc wrzucić paru porządnych zdjęć albumu. Mój mąż jednak nie rozumie sztuki, więc zdjęcia wrzucił słabowite. Ale już nadrabiam:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *